USA tracą światowe wpływy z powodu przemyślanych działań Putina

Próby wskazania Rosji jej miejsca zakończyły się całkowitą porażką dla USA, ponieważ Rosja nie tylko nie czuje się bezsilną ofiarą, lecz nawet zawiera wspaniałe gospodarcze, wojskowe i polityczne transakcje na całym świecie – uważa profesor Uniwersytetu Princeton, William Engdahl.

Waszyngton zdał sobie sprawę z tego, że w świetle wydarzeń z ostatniego półrocza USA gwałtownie tracą swoje wpływy na świecie, pod wieloma względami do tego doszło z powodu przemyślanych działań rosyjskiego kierownictwa. Tym właśnie można wytłumaczyć niespodziewaną wizytę sekretarza stanu USA Johna Kerry’ego w Soczi oraz rozmowy z Siergiejem Ławrowem i Władimirem Putinem — uważa doktor habilitowany politologii, profesor Uniwersytetu Princeton William Engdahl.

Profesor twierdzi, że próby wskazania Rosji „jej miejsca” ze strony USA zakończyły się porażką na wszystkich kierunkach. Z jednej strony, ich strategia naftowa, która miała doprowadzić do ruiny rosyjską gospodarkę, mocniej uderzyła w same USA. Natomiast z drugiej, dążenia do izolacji Rosji zakończyły się całkowitą porażką.
A więc, Engdahl uważa, że transakcja USA z Arabią Saudyjską w kwestii ceny ropy naftowej poważnie uderzyła w amerykańskich producentów ropy łupkowej, których wydobycie zaczęło doprowadzać do ruiny. Te spółki nie były w stanie spłacać kredytów.

Powołując się na amerykańskich ekspertów, doktor mówi, że amerykańscy producenci potrzebują ceny ropy naftowej w wysokości 120 dolarów za baryłkę, aby utrzymywać stały zysk.

Z punktu widzenia analityka, amerykańskim firmom grozi fala bankructw, co może zapoczątkować „finansowe tsunami kryzysów, podobnych do okresu lat 2007-2008″. W ostatecznym rozrachunki grozi to straceniem przez dolar statusu światowej waluty rezerwowej.

Poza tym Engdahl sądzi, że próbując prowadzić wojnę totalitarną z Rosją USA popełniły poważny błąd strategiczny, który może się zamienić dla USA w koszmar. Jest to, zdaniem autora, nieudany przewrót państwowy na Ukrainie.

http://pl.sputniknews.com

za: https://marucha.wordpress.com/2015/05/27/engdahl-usa-traca-swiatowe-wplywy-z-powodu-przemyslanych-dzialan-putina/#more-51136

 

 

Reklamy

9 Komentarzy

Filed under Bez kategorii

9 responses to “USA tracą światowe wpływy z powodu przemyślanych działań Putina

  1. Francuski aktor Gérard Depardieu w wywiadzie dla czerwcowego numeru czasopisma Vanity Fair przyznał się, że już doświadczył w życiu wszystkiego i jest gotów umrzeć, lecz nie w tej Francji, którą kraj jest obecnie.
    „Jestem gotów umrzeć za Rosję, ponieważ są tu silni ludzie; zupełnie nie chce umrzeć jako głupiec w obecnej Francji” — cytuje aktora francuski periodyk Voici.

    Podkreślił on, że nigdy nie mógł znaleźć we Francji swojego miejsca.

    „Nie wierzę w siebie, ponieważ byłem wychowany na wartościach, których nie podzielam. Nie czuję się jako Francuz” — dodał aktor.

    za: http://pl.sputniknews.com

    Polubienie

  2. Janosik

    Brak strategicznego myślenia zarówno przez marionetki rządzące w USA jak i pociągający za sznurki lichwiarzy z Wall Street można było zaobserwować dużo wcześniej. Stany Zjednoczone przegrywają wszystkie wojny skierowane przeciwko Rosji – tą bezpośrednią, jaka toczy się obecnie, jak i pośrednie, które widzieliśmy chociażby w Syrii. Oznacza to ni mniej ni więcej, że Ameryka panikuje w związku ze swoją beznadziejną sytuacją finansowo – strategiczną i dlatego podejmuje ruchy chaotyczne i pozbawione logicznego myślenia. Pociąga za sobą w przepaść również wszystkich idiotów, którzy ślepo idą za ludobójczym bankrutem nie zważając na los narodów, w których mają władzę z nadania żydo mafii amerykańskiej. Jest to niebezpieczne dla nas wszystkich gdyż tonący brzytwy się chwyta a to może oznaczać, że ta banda jest zdolna na najbardziej nikczemnych posunięć. Tylko strach spowodowany zjednoczeniem się jak najwięcej sojuszników wokół Moskwy może ich zatrzymać. Dlatego bardzo ważnym jest zjednoczenie się Słowian i we wspólnym froncie zaprotestowanie przeciwko polityce wojny w swoich krajach.

    Polubione przez 1 osoba

    • „Dlatego bardzo ważnym jest zjednoczenie się Słowian i we wspólnym froncie zaprotestowanie przeciwko polityce wojny w swoich krajach.”

      Nie da sie tego apelu za czesto powtarzac: trzeba o tym ciagle mowic i przypominac. Z tym, ze apel o zjednoczenie sie Slowian i krajow slowianskich musi rowniez zawierac apel o odsuniecie mafii katolicko-watykanskiej od jakichkolwiek wplywow politycznych i ekonomicznych. Obecnie jest to ciagle nieosiagalne, ale nalezy do tego uparcie, obsesyjnie dazyc. Rak watykansko-katolicko-prawoslawny musi byc w koncu wyciety, zniszczony. Jak kazdy rak. Jezeli nie, no to wiadomo do czego doprowadzi rak nieleczony.

      Polubione przez 2 ludzi

  3. Zlapal Turczyn Tatarzyna, a Tatarzyn za leb trzyma.

    Polubione przez 1 osoba

  4. grzanek

    Wrzucam nieporadny przekład artykułu profesora Michaela T. Klare afiliowanego w peace and world security studies przy Hampshire College, zapodanego ostatnio na blogu Lashy Darkmoon. Tekst to w zasadzie interpretacja, bo wiele idiomów jest nie do przetłumaczenia, a dostosowanie tłumaczonego tekstu do specyfiki języka polskiego to nie taka prosta sprawa. Publikacja wpisuje się w nurt analiz geopolitycznych wieszczących rychły upadek łobuza uzurpującego sobie licencję „policjanta świata” oraz dostrzegającego nieodległe czasowo przebiegunowanie sił politycznych planety na korzyść głównie Rosji i Chin, w mniejszym stopniu pozostałych członków BRICS.

    Źródło: http://www.darkmoon.me/2015/the-desperate-plight-of-a-declining-superpower/

    Urojeniowe myślenie Waszyngtonu
    Beznadziejne położenie upadającego Supermocarstwa

    Jeśli rozejrzeć się po świecie, ciężko jest nie dojść do wniosku, że Stany Zjednoczone to upadające supermocarstwo. Czy w Europie, Azji czy na Bliskim Wschodzie, wschodzące mocarstwa prężą muskuły ignorując nakazy Waszyngtonu czy wręcz aktywnie się im przeciwstawiając. Rosja odmawia przerwania wsparcia udzielanego uzbrojonym separatystom na Ukrainie; Chiny nie zamierzają porzucić swoich dążeń do budowania baz w rejonie Morza Południowochińskiego; Arabia Saudyjska nie chce być żyrantem amerykańskiego dagaworu nuklearnego z Iranem; Państwo Islamskie ani myśli skapitulować w obliczu potęgi sił powietrznych USA. Co powinno zrobić upadające mocarstwo w obliczu takiego oporu?

    Sprawa nie jest błaha. Bycie superpotęgą było przez dekady cechą definiującą amerykańską tożsamość. Uścisk globalnej supremacji rozpoczął się po II wojnie światowej, kiedy to USA wzięły na siebie odpowiedzialność za zwalczanie sowieckiego ekspansjonizmu na świecie. Przetrwał on Zimną Wojnę, by po upadku Związku Radzickiego jedynie się wzmóc, gdy USA wzięły na swe barki wyłączną odpowiedzialność za odpieranie całego wachlarzu nowych zagrożeń międzynarodowych. Jak wykrzyknął generał Colin Powell w ostatnich dniach Związku Radzieckiego, „Musimy wywiesić na naszych drzwiach tabliczkę z napisem ‘Uwaga Supermocartwo!’, bez względu na to, co zrobią Sowieci, nawet jeśli ewakuują się z Europy Wschodniej.

    Imperialne Rozciągnięcie* uderza w Waszyngton

    W latach Zimnej Wojny decydendi Waszyngtonu strategicznie zakładali, że zawsze będą istniały dwie superpotęgi walczące w nieskończoność o dominację nad światem. Jednakże w następstwie zupełnie niespodziewanego upadku ZSRR, amerykańscy stratedzy poczęli snuć wizję świata z jedną „wyłączną superpotęgą” (alias Rzym nad Potomakiem). Zgodnie z tą nową perspektywą administracja Jerzego H.W. Busha wkrótce ukuła długoterminowy plan obliczony na zachowanie takiego stanu rzeczy na zawsze. Znany jako Wytyczne Planu Obronności na lata 1994-99, plan ten głosił: „Naszym najważniejszym celem jest zapobieżenie ponownemu wyłonieniu się nowego rywala, czy to na terytorium byłego ZSRR, czy też gdziekolwiek indziej, który przedstawiałby sobą zagrożenie takie, jakim poprzednio był ZSRR”.

    Syn Jerzego Busha, ówczesny gubernator stanu Texas, wyartykułował podobną wizję globalnego Pax Americana podczas swojej kampanii prezydenckiej w 1999 roku. Jak powiedział kadetom w wojskowej Cytadeli w Charleston, gdyby wygrał wybory, jego głównym celem byłoby „wykorzystać tę świetną okazję – daną w przeszłości jedynie kilku narodom – by przedłużyć obecny pokój na długie lata w przyszłość. Szansę, by rozszerzyć pokojowe wpływy Ameryki nie tylko na świat, lecz również na lata”.

    Dla Busha, oczywiście, „przedłużenie pokoju”, jak się potem okazało, znaczyło napaść na Irak oraz rozpalenie w regionie niszczycielskiego konfliktu, który do dziś dnia ciągle narasta. Nawet po rozpoczęciu inwazji nigdy nie wątpił – jak zresztą nie wątpi i dzisiaj (mimo znajomości faktów, którą z perspektywy czasu posiadamy dzisiaj) – że taką właśnie była cena, którą trzeba zapłacić za utrzymanie przez USA osławionego statusu jedynego światowego supermocarstwa.

    Problem w tym, jak przyznaje dziś wielu obserwatorów z głównego nurtu, że strategia obliczona na utrzymywanie globalnej hegemonii USA za wszelką cenę od zawsze skazana była na rezultat w postaci tego, co historyk z Yale Paul Kennedy w swej klasycznej książce Powstanie i Upadek Wielkich Mocarstw nazwał „rozciągnięciem imperium”. Jak proroczo podawał w swoim studium z 1987 roku, owo zjawisko miałoby swoje źródło w sytuacji, w której „całkowita suma globalnych interesów i zobowiązań USA przekroczy możliwości kraju do bronienia ich wszystkich jednocześnie”.

    W istocie rzeczy, właśnie w takim dylemacie tkwi dzisiaj Waszyngton. Ciekawe jest jednak to, w jak krótkim czasie owo rozciągnięcie pochłonęło kraj, który jeszcze dekadę temu wysławiano jako pierwsze „hipermocarstwo” planety, status jeszcze podnioślejszy niż supermocarstwo. Było to jednak zanim jeszcze Jerzy W. Bush przeliczył się w Iraku i innych błędnych posunięciach, wiodących do tego, że USA mierzą się dziś ze spustoszeniami wojennymi na Bliskim Wschodzie mając wyczerpane wojsko i skarb państwa. Jednocześnie, główne i regionalne mocarstwa, jak Chiny, Indie, Rosja, Iran, Arabia Saudyjska i Turcja, cały czas budują swój potencjał militarny i ekonomiczny i uświadamiając sobie słabość towarzyszącą „rozciągnięciu imperium”, zaczynają podważać amerykańską dominację w wielu miejscach świata. Administracja Obamy próbuje w ten czy inny sposób odpowiadać we wszystkich tych obszarach – między innymi na Ukrainie, w Syrii, Iraku, Jemenie i na Morzu Południowochińskim – lecz, jak się okazuje, nie jest w stanie zwyciężyć w którymkolwiek z nich.

    Niemniej jednak, pomimo pasma niepowodzeń, zdaje się, że nikt w waszyngtońskich elitach władzy – poza senatorami Randem Paulem i Bernie Sandersem będącymi wyjątkami potwierdzającymi regułę – nie ma najmniejszej potrzeby porzucenia roli wyłącznego supermocarstwa, lub przynajmniej częściowego wycofania się z niej w jakiś znaczący sposób. Prezydent Obama, który w oczywisty sposób aż nadto zdaje sobie sprawę ze strategicznych ograniczeń kraju, w typowy dla siebie sposób nadal jest niechętny wycofaniu się z tego hegemonicznego pomysłu. „Stany Zjednoczone są i pozostają jedynym niezastąpionym krajem”, jak powiedział kończącym szkołę kadetom w West Point w maju 2014. „Odnosi się to tak do ubiegłego, jak i nadchodzącego stulecia”.

    Jak, wobec tego, pogodzić rzeczywistość „rozciągnięcia imperium” i upadku z nieustępliwym dążeniem do światowej hegemonii?
    Dwa pierwsze sposoby podejścia do tej łamigłówki Waszyngtonu można porównać do sztuki cyrkowego linoskoczka. Składają się na nie ciągła żonglerka amerykańskimi możliwościami i zobowiązaniami z równoczesnym a stosunkowo bezowocnym przerzucaniem ograniczonych zasobów (głownie natury militarnej) z jednego miejsca w drugie w odpowiedzi na pojawiające się kryzysy, nawet mimo czynionych prób unikania coraz większego wikłania się w nie. Nazwij to Doktryną Obamy.

    Po dojściu do wniosku, że – przykładowo – Chiny wykorzystały uwikłanie USA w wojnach w Iraku i Afganistanie do osiągnięcia swoich własnych celów strategicznych w Azji Południowowschodniej, Obama oraz jego najważniejsi doradcy podjęli decyzję o zmniejszeniu amerykańskiej obecności na Bliskim Wschodzie w celu uwolnienia zasobów pod ich wykorzystanie na zachodnim Pacyfiku. Ogłaszając tę zmianę polityki w roku 2011 – pierwotnie obwołano ją „Zwrotem ku Azji”, a potem „przesunięciem środka ciężkości” tamże – prezydent nie krył się z ową żonglerką.

    Jak powiedział w listopadzie w parlamencie australijskim: „Po dekadzie, w której walczyliśmy w dwu wojnach, które kosztowały bardzo wiele krwi i pieniędzy, USA zwracają swą uwagę ku wielkiemu potencjałowi tkwiącemu w rejonie pacyficznej Azji”. „Podczas gdy wycofujemy się z obecnych wojen, wydałem mojemu zespołowi bezpieczeństwa narodowego polecenie, by najwyższym priorytetem uczynić naszą obecność i misję w rejonie Azja-Pacyfik. Wskutek tego, redukcje w wydatkach USA na obronność nie odbędą się – powtarzam, nie odbędą się – kosztem pacyficznej Azji”.

    Potem oczywiście swoją ofensywę w Iraku rozpoczęło w czerwcu 2014 Państwo Islamskie, a obecna tam armia wytrenowana przez Amerykanów poszła w rozsypkę, tracąc cztery miasta na północy. W ślad poszły nagrania z obcinaniem głów amerykańskich zakładnikom wraz ze zbliżającym się zagrożeniem dla popieranego przez USA reżimu w Bagdadzie. Po raz kolejny prezydent Obama złapał się na żonglerce – tym razem na powrót wysyłając tysiące doradców wojskowych do kraju oraz lotnictwo USA w jego strefę powietrzną, kładąc podwaliny pod następny poważny konflikt w rejonie.

    W międzyczasie, krytycy polityki prezydenta z ramienia Republikanów, uważający, iż ten robi zbyt mało w kwestii przegrywającego wysiłku zbrojnego w Iraku (i Syrii), obarczyli go także winą za robienie niedostatecznie wiele przy wprowadzaniu polityki „Zwrotu ku Azji”. W rzeczywistości, podczas gdy kontynuowana jest nie zadowalająca nikogo jego polityczna ekwilibrystyka w Iraku i rejonie w Pacyfiku, Obama miał poważne trudności ze zdobyciem środków na danie odporu Putinowi na Ukrainie, Assadowi w Syrii, rebeliantom Huti’ego w Jemenie czy rozlicznym bandom zbrojnym walczącym o władzę w podzielonej Libii itd.

    Partia Zupełnego Zaprzeczenia

    Oczywistym jest, że w obliczu mnożącym się zagrożeń, polityka żonglowania okazała się strategią nieskuteczną. Prędzej czy później piłki zaczną fruwać i powstanie ryzyko, że cały system się rozleci. Jakkolwiek ryzykowna może się okazać ta żonglerka, nie jest ona nawet w ułamku tak groźna jak inna taktyka odpowiedzi na upadek supermocarstwa Waszyngtonu: zupełne zaprzeczenie.

    Zdaniem tych, którzy trzymają się tego punktu widzenia, to nie globalna pozycja Ameryki ulega erozji, lecz jej wola – tj. gotowość do surowego mówienia i działania. Gdyby tylko Waszyngton wyrażał swoją opinię głośniej – mówi ten argument – i wywijał grubszą lagą, wszystkie te zagrożenia zwyczajnie by zniknęły. Naturalnie, taka postawa może zadziałać jedynie wówczas, gdy jest się przygotowanym, by poprzeć swoje pogróżki faktyczną siłą, albo „twardą siłą”, jak wolą niektórzy.

    Do najbardziej krzykliwego spośród zwolenników tej narracji należy senator John McCain, przewodniczący Senackiej Komisji Służb Zbrojnych oraz uparty krytyk prezydenta Obamy. „Przez pięć lat Amerykanom mówiono, że ‘fala wojny się cofa’, że możemy się wycofać z polityki światowej niewielkim dla naszych kosztów i wartości kosztem”, jak napisał w tendencyjnym op-ed na łamach New York Timesa w marcu 2014. „To jedynie woda na młyn dla tych, którzy twierdzą, że USA są słabe, a dla ludzi takich jak Pan Putin, cudza słabość to wyzwanie”. Jedynym sposobem zapobieżenia agresywnym działaniom Rosji i innych przeciwników jest, jak stwierdził, przywrócenie wiarygodności USA jako światowego lidera”. To oznacza m.in. uzbrajanie Ukraińców i syryjskich rebeliantów, wspieranie obecności NATO w Europie Wschodniej, zwalczanie „wielkiego wyzwania strategicznego, jakie przedstawia sobą Iran” oraz odgrywanie roli „bardziej stanowczego” (czytaj: więcej oddziałów w terenie) w wojnie przeciw Państwu Islamskiemu.
    Przede wszystkim, oczywiście, oznacza to gotowość do użycia siły militarnej. Gdy agresywni władcy czy brutalni fanatycy zagrażają naszym ideałom, interesom, sojusznikom i nam samym”, oświadczył w listopadzie poprzedniego roku, „w ostatecznym rozrachunku, tym, co czyni różnicę… jest zdolność, wiarygodność oraz globalny zasięg amerykańskiej twardej siły”.

    Podobną postawę – w pewnych przypadkach nawet bardziej bojową – wyraża grono republikańskich kandydatów w obecnym wyścigu do pałacu prezydenckiego, znowuż – z wyjątkiem Randa Paula. Na niedawnym „Szczycie Wolności” podczas wstępnych wyborów stanowych w Karolinie Południowej, różni rywale usiłowali przelicytować się wzajemnie w używaniu retoryki twardej siły. Senatora z Florydy Marco Rubio głośnio oklaskiwano za obietnicę uczynienia USA „najsilniejszym mocarstwem militarnym świata”. Gubernator Wisconsin Scott Walker otrzymał owację na stojąco za deklarowanie dalszej eskalacji wojny z międzynarodowym terroryzmem: „Chcę lidera, który gotów jest wydać walkę im, nim oni zdążą wydać ją nam”.

    W tej podgrzanej atmosferze, kampania prezydencka 2016 z pewnością zostanie zdominowana przez wezwania do zwiększenia wydatków na obecność wojskową na Bliskim Wschodzie. Jakiekolwiek nie byłyby jej poglądy osobiste, spodziewana kandydatka Demokratów, Hillary Clinton, zmuszona będzie udowodnić, że „ma jaja” poprzez afirmowanie podobnej postawy. Innymi słowy, ktokolwiek zasiądzie w Sali Owalnej w styczniu 2017, będzie się od niego oczekiwało dzierżenia znaczniej grubszej lagi na coraz mniej stabilnej politycznie planecie. W rezultacie, pomimo półtorej dekady interwencyjnych porażek, najprawdopodobniej będziemy świadkami jeszcze bardziej interwencjonistycznej polityki zagranicznej z jeszcze silniejszymi impulsami do używania potęgi militarnej.

    Jakkolwiek początkowo opłacalną może okazać się taka postawa dla Johna McCaina i rosnącego grona jastrzębi wojennych w Kongresie, bez wątpienia okaże się ona katastrofalna w praktyce. Każdy, kto uważa, że można cofnąć się do roku 2002, kiedy siła USA była w apogeum a wojna w Iraku nie wyczerpała jeszcze amerykańskiego dobrobytu i wigoru, niewątpliwie cierpi na urojenia. Chiny są bez porównania potężniejsze, niż były 13 lat temu, Rosja w dużym stopniu podniosła się z po-zimnowojennego upadku, Iran zastąpił USA jako dominujący gracz zagraniczny w Iraku, a inne mocarstwa wywalczyły zdecydowanie więcej swobody działania w niespokojnym świecie. W tych okolicznościach, agresywne prężenie muskułów przez Waszyngton prawdopodobnie zaowocuje jedynie katastrofą i upokorzeniem.

    Czas przestać udawać

    Wracając więc do naszego pierwotnego pytania: co powinno zrobić upadające supermocarstwo wobec tych tarapatów?
    Wszędzie poza Waszyngtonem, oczywistą odpowiedzią będzie zaprzestać udawania tego, czym nie jest. Pierwszym krokiem w dowolnym 12-stopniowym programie naprawy „rozciągnięcia imperium” byłoby zaakceptowanie faktu, że potęga Ameryki jest ograniczona a globalna hegemonia – niemożliwą do realizacji mrzonką. Zaakceptować należałoby również ten oczywisty fakt, że – czy się to komuś podoba, czy nie – USA dzieli planetę z koterią innych znaczących potęg – żadną tak silną jak my, ale też żadną tak słabą, by dawała się zastraszać groźbom amerykańskiej interwencji zbrojnej. Przyswoiwszy bardziej realistyczną ocenę potęgi Ameryki, Waszyngton powinien następnie skupić się na tym, jak właściwie współżyć z takimi potęgami – m.in. Rosją, Chinami i Iranem – oraz jak radzić sobie z dzielącymi go z nimi różnicami bez rozniecania kolejnych katastrofalnych lokalnych pożarów.

    Gdyby nie fakt, że strategiczna żonglerka oraz tkwienie w potężnym zaprzeczeniu, są tak silnie ugruntowane w życiu politycznym „stolicy wojennej” tego kraju, strategia ta nie byłaby wcale niemożliwą do osiągnięcia, wbrew temu sugerowali inni. Przykładowo, w roku 2010, Christopher Layne ze szkoły im. Jerzego H.W. Busha przy Teksańskim Uniwerystecie Rolniczo-Mechanicznym argumentował na łamach American Conservative, że USA nie są w stanie dłużej utrzymywać statusu globalnego supermocarstwa, oraz że „zamiast być zmuszonymi do wprowadzenia tej poprawki nagle przez większy kryzys … powinny uprzedzić rozwój wydarzeń zmieniając swoją postawę stopniowo, w uporządkowany sposób”. Layne i inni wyartykułowali to, co można by streścić tak: coraz mniej uwikłania w konflikty zagraniczne, zmniejszony dążność do bycia „światowym policjantem”, zredukowane wydatki wojskowe, poleganie w większym stopniu na sojusznikach, więcej funduszy na wydatki krajowe związane z odbudowywaniem walącej się infrastruktury podzielonego społeczeństwa, oraz zmniejszona obecność na Bliskim Wschodzie.

    Ale żeby cokolwiek z tego mogło się ziścić, amerykańscy decydenci musieliby najpierw porzucić pretensje do pozostaną jedynym światowym mocarstwem – a to może być pigułka nie do przełknięcia dla obecnej amerykańskiej mentalności (jak również dla aspiracji politycznych niektórych kandydatów Republikanów). Już teraz jest jasne, że z takiego zaprzeczenia mogą wyniknąć jedynie kolejne nieprzemyślane przygody wojskowe zagranicą oraz, prędzej czy później, w znacznie bardziej ponurych okolicznościach, rozrachunek Ameryki z rzeczywistością.

    * * *

    * – http://en.wikipedia.org/wiki/Imperial_overstretch

    Można przekleić jako artykuł, ale prosiłbym o wzmiance o autorstwie przekładu. Oryginalnie opublikowano na: https://prawda2.info/viewtopic.php?p=294638#294638

    Polubienie

  5. grzanek

    Urojeniowe myślenie Waszyngtonu
    Beznadziejne położenie upadającego Supermocarstwa

    Jeśli rozejrzeć się po świecie, ciężko jest nie dojść do wniosku, że Stany Zjednoczone to upadające supermocarstwo. Czy w Europie, Azji czy na Bliskim Wschodzie, wschodzące mocarstwa prężą muskuły ignorując nakazy Waszyngtonu czy wręcz aktywnie się im przeciwstawiając. Rosja odmawia przerwania wsparcia udzielanego uzbrojonym separatystom na Ukrainie; Chiny nie zamierzają porzucić swoich dążeń do budowania baz w rejonie Morza Południowochińskiego; Arabia Saudyjska nie chce być żyrantem amerykańskiego dagaworu nuklearnego z Iranem; Państwo Islamskie ani myśli skapitulować w obliczu potęgi sił powietrznych USA. Co powinno zrobić upadające mocarstwo w obliczu takiego oporu?

    Sprawa nie jest błaha. Bycie superpotęgą było przez dekady cechą definiującą amerykańską tożsamość. Uścisk globalnej supremacji rozpoczął się po II wojnie światowej, kiedy to USA wzięły na siebie odpowiedzialność za zwalczanie sowieckiego ekspansjonizmu na świecie. Przetrwał on Zimną Wojnę, by po upadku Związku Radzickiego jedynie się wzmóc, gdy USA wzięły na swe barki wyłączną odpowiedzialność za odpieranie całego wachlarzu nowych zagrożeń międzynarodowych. Jak wykrzyknął generał Colin Powell w ostatnich dniach Związku Radzieckiego, „Musimy wywiesić na naszych drzwiach tabliczkę z napisem ‘Uwaga Supermocartwo!’, bez względu na to, co zrobią Sowieci, nawet jeśli ewakuują się z Europy Wschodniej.

    Imperialne Rozciągnięcie* uderza w Waszyngton

    W latach Zimnej Wojny decydendi Waszyngtonu strategicznie zakładali, że zawsze będą istniały dwie superpotęgi walczące w nieskończoność o dominację nad światem. Jednakże w następstwie zupełnie niespodziewanego upadku ZSRR, amerykańscy stratedzy poczęli snuć wizję świata z jedną „wyłączną superpotęgą” (alias Rzym nad Potomakiem). Zgodnie z tą nową perspektywą administracja Jerzego H.W. Busha wkrótce ukuła długoterminowy plan obliczony na zachowanie takiego stanu rzeczy na zawsze. Znany jako Wytyczne Planu Obronności na lata 1994-99, plan ten głosił: „Naszym najważniejszym celem jest zapobieżenie ponownemu wyłonieniu się nowego rywala, czy to na terytorium byłego ZSRR, czy też gdziekolwiek indziej, który przedstawiałby sobą zagrożenie takie, jakim poprzednio był ZSRR”.

    Syn Jerzego Busha, ówczesny gubernator stanu Texas, wyartykułował podobną wizję globalnego Pax Americana podczas swojej kampanii prezydenckiej w 1999 roku. Jak powiedział kadetom w wojskowej Cytadeli w Charleston, gdyby wygrał wybory, jego głównym celem byłoby „wykorzystać tę świetną okazję – daną w przeszłości jedynie kilku narodom – by przedłużyć obecny pokój na długie lata w przyszłość. Szansę, by rozszerzyć pokojowe wpływy Ameryki nie tylko na świat, lecz również na lata”.
    Dla Busha, oczywiście, „przedłużenie pokoju”, jak się potem okazało, znaczyło napaść na Irak oraz rozpalenie w regionie niszczycielskiego konfliktu, który do dziś dnia ciągle narasta. Nawet po rozpoczęciu inwazji nigdy nie wątpił – jak zresztą nie wątpi i dzisiaj (mimo znajomości faktów, którą z perspektywy czasu posiadamy dzisiaj) – że taką właśnie była cena, którą trzeba zapłacić za utrzymanie przez USA osławionego statusu jedynego światowego supermocarstwa.

    Problem w tym, jak przyznaje dziś wielu obserwatorów z głównego nurtu, że strategia obliczona na utrzymywanie globalnej hegemonii USA za wszelką cenę od zawsze skazana była na rezultat w postaci tego, co historyk z Yale Paul Kennedy w swej klasycznej książce Powstanie i Upadek Wielkich Mocarstw nazwał „rozciągnięciem imperium”. Jak proroczo podawał w swoim studium z 1987 roku, owo zjawisko miałoby swoje źródło w sytuacji, w której „całkowita suma globalnych interesów i zobowiązań USA przekroczy możliwości kraju do bronienia ich wszystkich jednocześnie”.

    W istocie rzeczy, właśnie w takim dylemacie tkwi dzisiaj Waszyngton. Ciekawe jest jednak to, w jak krótkim czasie owo rozciągnięcie pochłonęło kraj, który jeszcze dekadę temu wysławiano jako pierwsze „hipermocarstwo” planety, status jeszcze podnioślejszy niż supermocarstwo. Było to jednak zanim jeszcze Jerzy W. Bush przeliczył się w Iraku i innych błędnych posunięciach, wiodących do tego, że USA mierzą się dziś ze spustoszeniami wojennymi na Bliskim Wschodzie mając wyczerpane wojsko i skarb państwa. Jednocześnie, główne i regionalne mocarstwa, jak Chiny, Indie, Rosja, Iran, Arabia Saudyjska i Turcja, cały czas budują swój potencjał militarny i ekonomiczny i uświadamiając sobie słabość towarzyszącą „rozciągnięciu imperium”, zaczynają podważać amerykańską dominację w wielu miejscach świata. Administracja Obamy próbuje w ten czy inny sposób odpowiadać we wszystkich tych obszarach – między innymi na Ukrainie, w Syrii, Iraku, Jemenie i na Morzu Południowochińskim – lecz, jak się okazuje, nie jest w stanie zwyciężyć w którymkolwiek z nich.

    Niemniej jednak, pomimo pasma niepowodzeń, zdaje się, że nikt w waszyngtońskich elitach władzy – poza senatorami Randem Paulem i Bernie Sandersem będącymi wyjątkami potwierdzającymi regułę – nie ma najmniejszej potrzeby porzucenia roli wyłącznego supermocarstwa, lub przynajmniej częściowego wycofania się z niej w jakiś znaczący sposób. Prezydent Obama, który w oczywisty sposób aż nadto zdaje sobie sprawę ze strategicznych ograniczeń kraju, w typowy dla siebie sposób nadal jest niechętny wycofaniu się z tego hegemonicznego pomysłu. „Stany Zjednoczone są i pozostają jedynym niezastąpionym krajem”, jak powiedział kończącym szkołę kadetom w West Point w maju 2014. „Odnosi się to tak do ubiegłego, jak i nadchodzącego stulecia”.

    Jak, wobec tego, pogodzić rzeczywistość „rozciągnięcia imperium” i upadku z nieustępliwym dążeniem do światowej hegemonii?
    Dwa pierwsze sposoby podejścia do tej łamigłówki Waszyngtonu można porównać do sztuki cyrkowego linoskoczka. Składają się na nie ciągła żonglerka amerykańskimi możliwościami i zobowiązaniami z równoczesnym a stosunkowo bezowocnym przerzucaniem ograniczonych zasobów (głownie natury militarnej) z jednego miejsca w drugie w odpowiedzi na pojawiające się kryzysy, nawet mimo czynionych prób unikania coraz większego wikłania się w nie. Nazwij to Doktryną Obamy.

    Po dojściu do wniosku, że – przykładowo – Chiny wykorzystały uwikłanie USA w wojnach w Iraku i Afganistanie do osiągnięcia swoich własnych celów strategicznych w Azji Południowowschodniej, Obama oraz jego najważniejsi doradcy podjęli decyzję o zmniejszeniu amerykańskiej obecności na Bliskim Wschodzie w celu uwolnienia zasobów pod ich wykorzystanie na zachodnim Pacyfiku. Ogłaszając tę zmianę polityki w roku 2011 – pierwotnie obwołano ją „Zwrotem ku Azji”, a potem „przesunięciem środka ciężkości” tamże – prezydent nie krył się z ową żonglerką.

    Jak powiedział w listopadzie w parlamencie australijskim: „Po dekadzie, w której walczyliśmy w dwu wojnach, które kosztowały bardzo wiele krwi i pieniędzy, USA zwracają swą uwagę ku wielkiemu potencjałowi tkwiącemu w rejonie pacyficznej Azji”. „Podczas gdy wycofujemy się z obecnych wojen, wydałem mojemu zespołowi bezpieczeństwa narodowego polecenie, by najwyższym priorytetem uczynić naszą obecność i misję w rejonie Azja-Pacyfik. Wskutek tego, redukcje w wydatkach USA na obronność nie odbędą się – powtarzam, nie odbędą się – kosztem pacyficznej Azji”.
    Potem oczywiście swoją ofensywę w Iraku rozpoczęło w czerwcu 2014 Państwo Islamskie, a obecna tam armia wytrenowana przez Amerykanów poszła w rozsypkę, tracąc cztery miasta na północy. W ślad poszły nagrania z obcinaniem głów amerykańskich zakładnikom wraz ze zbliżającym się zagrożeniem dla popieranego przez USA reżimu w Bagdadzie. Po raz kolejny prezydent Obama złapał się na żonglerce – tym razem na powrót wysyłając tysiące doradców wojskowych do kraju oraz lotnictwo USA w jego strefę powietrzną, kładąc podwaliny pod następny poważny konflikt w rejonie.

    W międzyczasie, krytycy polityki prezydenta z ramienia Republikanów, uważający, iż ten robi zbyt mało w kwestii przegrywającego wysiłku zbrojnego w Iraku (i Syrii), obarczyli go także winą za robienie niedostatecznie wiele przy wprowadzaniu polityki „Zwrotu ku Azji”. W rzeczywistości, podczas gdy kontynuowana jest nie zadowalająca nikogo jego polityczna ekwilibrystyka w Iraku i rejonie w Pacyfiku, Obama miał poważne trudności ze zdobyciem środków na danie odporu Putinowi na Ukrainie, Assadowi w Syrii, rebeliantom Huti’ego w Jemenie czy rozlicznym bandom zbrojnym walczącym o władzę w podzielonej Libii itd.

    Partia Zupełnego Zaprzeczenia

    Oczywistym jest, że w obliczu mnożącym się zagrożeń, polityka żonglowania okazała się strategią nieskuteczną. Prędzej czy później piłki zaczną fruwać i powstanie ryzyko, że cały system się rozleci. Jakkolwiek ryzykowna może się okazać ta żonglerka, nie jest ona nawet w ułamku tak groźna jak inna taktyka odpowiedzi na upadek supermocarstwa Waszyngtonu: zupełne zaprzeczenie.

    Zdaniem tych, którzy trzymają się tego punktu widzenia, to nie globalna pozycja Ameryki ulega erozji, lecz jej wola – tj. gotowość do surowego mówienia i działania. Gdyby tylko Waszyngton wyrażał swoją opinię głośniej – mówi ten argument – i wywijał grubszą lagą, wszystkie te zagrożenia zwyczajnie by zniknęły. Naturalnie, taka postawa może zadziałać jedynie wówczas, gdy jest się przygotowanym, by poprzeć swoje pogróżki faktyczną siłą, albo „twardą siłą”, jak wolą niektórzy.

    Do najbardziej krzykliwego spośród zwolenników tej narracji należy senator John McCain, przewodniczący Senackiej Komisji Służb Zbrojnych oraz uparty krytyk prezydenta Obamy. „Przez pięć lat Amerykanom mówiono, że ‘fala wojny się cofa’, że możemy się wycofać z polityki światowej niewielkim dla naszych kosztów i wartości kosztem”, jak napisał w tendencyjnym op-ed na łamach New York Timesa w marcu 2014. „To jedynie woda na młyn dla tych, którzy twierdzą, że USA są słabe, a dla ludzi takich jak Pan Putin, cudza słabość to wyzwanie”. Jedynym sposobem zapobieżenia agresywnym działaniom Rosji i innych przeciwników jest, jak stwierdził, przywrócenie wiarygodności USA jako światowego lidera”. To oznacza m.in. uzbrajanie Ukraińców i syryjskich rebeliantów, wspieranie obecności NATO w Europie Wschodniej, zwalczanie „wielkiego wyzwania strategicznego, jakie przedstawia sobą Iran” oraz odgrywanie roli „bardziej stanowczego” (czytaj: więcej oddziałów w terenie) w wojnie przeciw Państwu Islamskiemu.
    Przede wszystkim, oczywiście, oznacza to gotowość do użycia siły militarnej. Gdy agresywni władcy czy brutalni fanatycy zagrażają naszym ideałom, interesom, sojusznikom i nam samym”, oświadczył w listopadzie poprzedniego roku, „w ostatecznym rozrachunku, tym, co czyni różnicę… jest zdolność, wiarygodność oraz globalny zasięg amerykańskiej twardej siły”.

    Podobną postawę – w pewnych przypadkach nawet bardziej bojową – wyraża grono republikańskich kandydatów w obecnym wyścigu do pałacu prezydenckiego, znowuż – z wyjątkiem Randa Paula. Na niedawnym „Szczycie Wolności” podczas wstępnych wyborów stanowych w Karolinie Południowej, różni rywale usiłowali przelicytować się wzajemnie w używaniu retoryki twardej siły. Senatora z Florydy Marco Rubio głośnio oklaskiwano za obietnicę uczynienia USA „najsilniejszym mocarstwem militarnym świata”. Gubernator Wisconsin Scott Walker otrzymał owację na stojąco za deklarowanie dalszej eskalacji wojny z międzynarodowym terroryzmem: „Chcę lidera, który gotów jest wydać walkę im, nim oni zdążą wydać ją nam”.
    W tej podgrzanej atmosferze, kampania prezydencka 2016 z pewnością zostanie zdominowana przez wezwania do zwiększenia wydatków na obecność wojskową na Bliskim Wschodzie. Jakiekolwiek nie byłyby jej poglądy osobiste, spodziewana kandydatka Demokratów, Hillary Clinton, zmuszona będzie udowodnić, że „ma jaja” poprzez afirmowanie podobnej postawy. Innymi słowy, ktokolwiek zasiądzie w Sali Owalnej w styczniu 2017, będzie się od niego oczekiwało dzierżenia znaczniej grubszej lagi na coraz mniej stabilnej politycznie planecie. W rezultacie, pomimo półtorej dekady interwencyjnych porażek, najprawdopodobniej będziemy świadkami jeszcze bardziej interwencjonistycznej polityki zagranicznej z jeszcze silniejszymi impulsami do używania potęgi militarnej.

    Jakkolwiek początkowo opłacalną może okazać się taka postawa dla Johna McCaina i rosnącego grona jastrzębi wojennych w Kongresie, bez wątpienia okaże się ona katastrofalna w praktyce. Każdy, kto uważa, że można cofnąć się do roku 2002, kiedy siła USA była w apogeum a wojna w Iraku nie wyczerpała jeszcze amerykańskiego dobrobytu i wigoru, niewątpliwie cierpi na urojenia. Chiny są bez porównania potężniejsze, niż były 13 lat temu, Rosja w dużym stopniu podniosła się z po-zimnowojennego upadku, Iran zastąpił USA jako dominujący gracz zagraniczny w Iraku, a inne mocarstwa wywalczyły zdecydowanie więcej swobody działania w niespokojnym świecie. W tych okolicznościach, agresywne prężenie muskułów przez Waszyngton prawdopodobnie zaowocuje jedynie katastrofą i upokorzeniem.

    Czas przestać udawać

    Wracając więc do naszego pierwotnego pytania: co powinno zrobić upadające supermocarstwo wobec tych tarapatów?
    Wszędzie poza Waszyngtonem, oczywistą odpowiedzią będzie zaprzestać udawania tego, czym nie jest. Pierwszym krokiem w dowolnym 12-stopniowym programie naprawy „rozciągnięcia imperium” byłoby zaakceptowanie faktu, że potęga Ameryki jest ograniczona a globalna hegemonia – niemożliwą do realizacji mrzonką. Zaakceptować należałoby również ten oczywisty fakt, że – czy się to komuś podoba, czy nie – USA dzieli planetę z koterią innych znaczących potęg – żadną tak silną jak my, ale też żadną tak słabą, by dawała się zastraszać groźbom amerykańskiej interwencji zbrojnej. Przyswoiwszy bardziej realistyczną ocenę potęgi Ameryki, Waszyngton powinien następnie skupić się na tym, jak właściwie współżyć z takimi potęgami – m.in. Rosją, Chinami i Iranem – oraz jak radzić sobie z dzielącymi go z nimi różnicami bez rozniecania kolejnych katastrofalnych lokalnych pożarów.

    Gdyby nie fakt, że strategiczna żonglerka oraz tkwienie w potężnym zaprzeczeniu, są tak silnie ugruntowane w życiu politycznym „stolicy wojennej” tego kraju, strategia ta nie byłaby wcale niemożliwą do osiągnięcia, wbrew temu sugerowali inni. Przykładowo, w roku 2010, Christopher Layne ze szkoły im. Jerzego H.W. Busha przy Teksańskim Uniwerystecie Rolniczo-Mechanicznym argumentował na łamach American Conservative, że USA nie są w stanie dłużej utrzymywać statusu globalnego supermocarstwa, oraz że „zamiast być zmuszonymi do wprowadzenia tej poprawki nagle przez większy kryzys … powinny uprzedzić rozwój wydarzeń zmieniając swoją postawę stopniowo, w uporządkowany sposób”. Layne i inni wyartykułowali to, co można by streścić tak: coraz mniej uwikłania w konflikty zagraniczne, zmniejszony dążność do bycia „światowym policjantem”, zredukowane wydatki wojskowe, poleganie w większym stopniu na sojusznikach, więcej funduszy na wydatki krajowe związane z odbudowywaniem walącej się infrastruktury podzielonego społeczeństwa, oraz zmniejszona obecność na Bliskim Wschodzie.

    Ale żeby cokolwiek z tego mogło się ziścić, amerykańscy decydenci musieliby najpierw porzucić pretensje do pozostaną jedynym światowym mocarstwem – a to może być pigułka nie do przełknięcia dla obecnej amerykańskiej mentalności (jak również dla aspiracji politycznych niektórych kandydatów Republikanów). Już teraz jest jasne, że z takiego zaprzeczenia mogą wyniknąć jedynie kolejne nieprzemyślane przygody wojskowe zagranicą oraz, prędzej czy później, w znacznie bardziej ponurych okolicznościach, rozrachunek Ameryki z rzeczywistością.

    Polubienie

  6. grzanek

    Proszę odblokować mój przedostatni komentarz, dziękuję.

    Polubienie

  7. grzanek

    A mój pod moim komentarzem nr 3717 nadal tkwi napis „Twój komentarz oczekuje na moderację”.:(

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s