Ziemia obiecana?

Rękas_studenci

Czy uda się uniknąć napięć etnicznych między polskimi i ukraińskimi studentami?

 

 

Zderzają się dwie wersje zdarzeń.

Oficjalna: Lublin jest miastem wielokulturowym, przyjaznym ośrodkiem akademickim dla 4,5 tysiąca zagranicznych studentów, w tym blisko 2 tys. Ukraińców, a współżycie wszystkich grup etnicznych nacechowane jest zrozumieniem i sympatią. I ta czarna: zwłaszcza po zajęciach, gdy wszyscy spotykają się w knajpkach na miasteczku akademickim – ci miejscowi, i ci ze Wschodu trzymają się oddzielnie, nie brak awantur, w których od pieniędzy i rywalizacji o dziewczyny szybko przechodzi się do haseł politycznych i zwykłych rękoczynów. Prawda leży pewnie pośrodku, jednak napięć, na razie raczej chyba towarzyskich niż etnicznych – nie da się już raczej uniknąć.

 Plotki rodzą spięcia

 Wzajemną nieufność potęgują mity i plotki, które nieprostowane (bo przecież oficjalnie żadnych problemów nie ma…) urastają do horrendalnych rozmiarów. „Ukraińcy dostają tysiące z naszych podatków, nie muszą się uczyć, kupują sobie stopnie, zaczepiają Polki, a potem zajmą miejsca pracy, których brakuje dla naszych absolwentów” – takie stereotypy słyszy się najczęściej od osób, które od życia akademickiego są raczej daleko. Plotki o kokosach dla studentów są nieco przesadzone – np. uczestnicy programu „Erasmus dla Ukrainy” mogą liczyć na pomoc w wysokości 900 zł miesięcznie (to jednak i tak więcej od kwot, o których mogą choćby myśleć Polacy…). O stypendia naukowe (do tysiąca złotych) i socjalne mogą ubiegać się na takich samych zasadach jak studenci z Polski. Punktem spornym bywają natomiast stypendia socjalne. – Na zaświadczeniach wszyscy są z ubogich rodzin, spełniają kryteria, a przecież tu ci naprawdę biedni nie przyjeżdżają, widać jakimi brykami są odwożeni, jak szastają kasą, jak mieszkają w komercyjnych akademikach – denerwują się ci, co Ukraińców nie lubią. Sęk w tym, że mniejszość negatywnie rzutuje na obraz ogółu. W dodatku czarę przelewa poczucie bezkarności, jakie cechuje niektórych rozrabiaków, na zasadzie „jestem gościem waszego rządu, a poza tym u nas jest wojna, więc nam się należy!”. To już nie jest ta cicha i grzeczna młodzież, jaka przyjeżdżała tu kilka lat temu. Teraz w kupie czują się pewnie, a na ulicach Chełma, gdzie stanowią większość na miejscowych uczelniach (prywatnych i państwowej) – zachowują się już niewiele lepiej, niż muzułmanie w zdominowanych przez siebie brytyjskich miasteczkach.

Rozrabia niewielu – opinię psują wszystkim

 – Jestem Polską, pochodzę spod Żytomierza, mam Kartę Polaka, nie dostaję żadnego dodatkowego wsparcia, staram się o stypendium naukowe – opowiada  Karolina, studentka politologii spotkana na Miasteczku Akademickim. W ciepłe dni okolica zmienia się w „Mały Kijów”, jak mówią sąsiedzi z pobliskiej dzielnicy Wieniawa. Z okien akademików słychać ukraińskie piosenki, na trawnikach gwar jest też w najlepszym razie dwujęzyczny. Nie wszyscy chcą stąd wyjechać po skończeniu studiów.   Dymitr, kolega Karoliny, student ekonomii – myśli o założeniu własnego biznesu, ale takiego, dzięki któremu mogliby zarabiać i swoi tam, i on zostając już w Lublinie. – Tu jest lepiej – przyznaje. Sam też nie ma stypendium, więc jak najszybciej chce się usamodzielnić. To też nie wszystkim się podoba. – Oni się zachowują jak było, po prostu jak bydło! Wchodzą do naszych lokali, po chamsku zaczepiają dziewczyny, myślą, że za kasę wszystko im wolno, demonstrują antypolskie poglądy! – denerwuje się  Artur, absolwent Politechniki Świętokrzyskiej, który wrócił po studiach do Lublina. Podobnie polityczne wątki eksponuje jego kolega   Kuba, student III roku politologii UMCS, jak mówi – sympatyk Ruchu Narodowego. – Nie mogą u nas chodzić z banderowskimi flagami, to obraza Polaków – przekonuje. Również Kresowianie boją się Ukraińców – we wrześniu podczas jednej z pikiet na placu Litewskim dyskusja między polskimi narodowcami i ukraińskimi studentami zakończyła się szarpaniną. – Kiedy odsłanialiśmy Krzyż Ofiar Wołynia Ukraińcy puszczali z okien budynków Uniwersytetu Przyrodniczego, obok którego przechodziliśmy, pieśni UPA – wspomina z oburzeniem  Zdzisław Koguciuk, lider lubelskich kresowiaków.

Najczęściej nie chodzi jednak o politykę, a po prostu o buzujące hormony. – Imprezują częściej niż inni, ciężko przywołać ich do porządku, nie dbają o porządek, zwłaszcza we wspólnej części budynku – przyznaje konsierżka z „Feminy”. – Pan się pyta rzecznika… – zaczynają policjanci z patrolu z Miasteczka. Nieoficjalnie jednak przyznają: interweniują coraz częściej wzywani do bójek między Polakami i Ukraińcami. Sprawy kończą się przeważnie bez zgłaszania poszkodowania. Sińce i pobite szyby jednak zostają.

 Oficjalnie jest dobrze!

 Władze miasta i uczelni wolą jednak skupiać na pozytywach całego zjawiska, zwłaszcza komercyjnych. – Roczna opłata za studia na UMCS to kwota 1,2-2 tys. euro – przypomina rektor UMCS prof.  Stanisław Michałowski (niegdyś polityk Unii Pracy).Dla Uniwersytetu to „czysty zysk” (zadający jednak kłam hasłu o „tych biednych Ukraińcach…”). Z kolei opanowany przez PO-PSL Urząd Miasta Lublin szacuje, że zagraniczni studenci generują nawet do 15 proc. lubelskiego PKB, napędzając rynek nieruchomości, czy gastronomii (nie podaje jednak źródła tych rewelacji). Kosztów – także tych społecznych, nie oblicza jeszcze nikt.

Co do możliwych zagrożeń – zwłaszcza UMCS uważa, że jest dobrze do nich przygotowany. – Władze Uczelni na różnych płaszczyznach monitorują relacje dotyczące wszystkich studentów UMCS, w tym również studentów polskich i ukraińskich. Monitorowanie tych relacji odbywa się między innymi poprzez organizowanie cyklicznych spotkań z cudzoziemcami kształcącymi się w naszym Uniwersytecie czy przez aktywnie funkcjonującą w UMCS instytucjonalną formę Pełnomocnika Rektora ds. Studenckich, do którego to studenci cudzoziemcy (i nie tylko) bezpośrednio mogą zgłaszać się z różnymi sprawami. Chcemy, aby obcokrajowcy podejmujący kształcenie w naszej Alma Mater czuli się w pełni związani ze społecznością akademicką UMCS, dlatego dużą wagę przykładamy do ich integracji z polskimi studentami. Cykliczne spotkania, czy wspólna działalność kulturalna i sportowa to tylko niektóre przykłady inicjatyw, mających na celu zaangażowanie studentów – cudzoziemców w życie akademickie UMCS. Cudzoziemcy studiujący na UMCS otrzymują także m.in. dodatkową pomoc w podnoszeniu znajomości języka polskiego – dla wszystkich zainteresowanych organizowane są bezpłatne kursy nauki języka. Generalnie, nie wpływają do nas niepokojące sygnały dotyczące wzajemnych stosunków studentów polskich i ukraińskich, nie mamy także problemów z utrzymaniem porządku w domach studenckich UMCS. Jeżeli pojawiają się jakiekolwiek kwestie sporne, należy podkreślić, że są one charakterystyczne dla wszystkich studentów naszego Uniwersytetu – bez względu na narodowość czy pochodzenie etniczne – zapewnia  Aneta Adamska  z biura prasowego UMCS.

Dla Ukraińca stypendium – dla Polaka emigracja

 Na razie więc Polska, w tym zwłaszcza Lubelszczyzna i Lublin (trzeci pod względem ilości studiujących cudzoziemców ośrodek akademicki w Polsce) jawi się dla przybyszy ze Wschodu (w tym wielu naszych rodaków, od pokoleń zamieszkujących na obecnej Ukrainie) prawdziwą Ziemią Obiecaną. Tym silniejsza jednak pozostaje obawa, by problemy, jakie dziś są udziałem naszych wschodnich sąsiadów – nie dotarły wraz z nimi i na tę stronę Bugu. Monoetniczna od dekad Polska nie jest przygotowana do stawienia czoła napięciom etnicznym, w dodatku spotęgowanymi kwestiami socjalnymi i kulturowymi. Na marginesie zaczętej – słusznie, acz nieco przesadnie – dyskusji na temat przyjmowania przez nasz kraj imigrantów arabskich czy afrykańskich, kompletnie pomija się zagadnienie znacznie bliższe i aktualniejsze, czyli rosnącą także w Lublinie i w Chełmie mniejszość ukraińską. To już nie są tylko ciche sprzątaczki i milczący robotnicy do wykonywania zadań, dla których polska kadra wyjechała do Norwegii, Szkocji i Irlandii. Coraz liczniej obecne są w Polsce zorganizowane grupy zainteresowane konkurowaniem na miejscowym rynku pracy z absolwentami tutejszych wyższych uczelni. W dodatku zaś to osoby korzystające tak ze wsparcia swojego państwa – jak i przesadnej niekiedy „gościnności” władz RP (by wspomnieć tylko leczenie na koszt polskiego podatnika bojowników banderowskich batalionów biorących udział w ukraińskiej wojnie domowej). Tymczasem polska młodzież wie, że wszystko, na co może liczyć przywódców swojego kraju – to pokazanie drogi na najbliższe lotnisko i rada, żeby „zmienia pracę i wzięła kredyt”. Ta różnica podejścia może, a nawet musi rodzić słuszne oburzenie i frustrację, kiedy zaś te emocje się wyleją – będzie już za późno, by dostrzec i zapobiec wszystkim negatywnym następstwom bezkrytycznego zamieniania Lublina, Chełma i Lubelszczyzny w „ziemię obiecaną” dla Ukraińców. I winni nagle staną się wszyscy: pozbawieni pracy, perspektyw i równego startu młodzi Polacy, narodowcy, Kresowianie – tylko nie władze państwowe, samorządowe i akademickie bawiące się dziś zapałkami przy cysternach z napisami „waśnie narodowościowe” i „polityka wobec mniejszości”. Tymczasem właśnie wyzwania budowanego nam na siłę kraju „multikulturowego” i „wieloetnicznego” po prostu wymuszają powrót do (dopasowanych do nowych warunków) kanonów polityki narodowej, w tym także metod i celów postępowania z gośćmi – także tymi, którzy nadużywają naszej gościnności.

Konrad Rękas

https://www.1tv.ru/news/world/282636

Czy uda się uniknąć napięć etnicznych między polskimi i ukraińskimi studentami?

Reklamy

1 komentarz

Filed under Bez kategorii

One response to “Ziemia obiecana?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s